niedziela, 25 maja 2014

Rozdział 4

***Agnieszka***
                                                     ******4 miesiące później*******

Nadszedł ten cudowny, długo wyczekiwany przeze mnie i nie tylko dzień. To już dzisiaj ściągają mi gips z nogi. Chłopcy zrobili nam tego dnia malutką niespodziankę w postaci ich samych, no dobra może nie taką małą. Cieszyłam się jak nienormalna, że udało im się przyjechać z Dortmundu w trakcie sezonu. Równo o 7 rano zaczęłam wszystkim zatruwać życie, no bo jak można nie chcieć zawieźć mnie do szpitala. Ja rozumiem, że oni kochają się nade mną znęcać, ale bez przesady.
- Może już jedźmy, zobaczcie jak nas błaga. Taki słodziutki pączuś - powiedział Piszczu i złapał mnie za policzki jak to robią babcie i ciotki. Starałam się mu jakoś wyrwać i przez przypadek, serio przez przypadek kopnęłam go z gipsu w krocze. Jego twarz momentalnie zrobiła się czerwona, a łzy leciały ciurkiem. Przestraszyłam się nie na żarty jak popatrzył na mnie morderczym wzrokiem. Jak w oddali słyszałam śmiechy Błaszczykiewicz i Błaszczykowskiego. Starałam się zachować twarz pokerzysty by ukryć rozbawienie, gdy poszkodowany masował sobie krocze... Było ciężko, zwłaszcza jak ni z tego ni z owego nawet zaczął mówić do obolałego miejsca.
- Piszczusiu wybacz - zero reakcji - Wybacz swojej kochanej Agniesi o wielki Łukaszu - to już zadziałało bo jego twarz rozświetlił piękny uśmiech. Boże, gdyby nie miał żony i dziecka to bym się za niego brała... O nie, czy ja coś ćpałam? Hmm, może Paulina mi jakiś ziółek do herbaty dosypała. Gdy Łukiego przestało boleć wiadomo co, Błaszczykowski stwierdził, że możemy już jechać. A wcześniej jakoś się tak nie śpieszył z tym, musiałam większemu blondynkowi jajecznice w bokserkach zrobić, żeby się chłopak zdecydował.
Jak na Warszawę i jej korki, dość szybko dotarliśmy do szpitala. Oczywiście znowu się stałam pośmiewiskiem, zwłaszcza gdy w pośpiechu opuściłam samochód i w miarę możliwości ( starałam się szybko ) udałam się do recepcji.
- Zwolnij inwalidko! Bo sobie drugą nogę złamiesz! - usłyszałam krzyk Kuby za sobą. Odwróciłam się i pokazałam mu środkowego palca, co rozśmieszyło moje towarzystwo. Miło wyglądająca pani z recepcji po zobaczeniu moich przyjaciół od razu skierowała mnie do sali zabiegowej. Rozpogodzona i pełna pozytywnej energii weszłam do wskazanej sali i momentalnie wyraz mojej twarzy się zmienił. Miała mnie przyjąć najgorsza z możliwych pielęgniarek. Jezu, czy ja zawsze muszę mieć takiego jebanego pecha? W końcu to monstrum ściągnęło mi gips i założyło stabilizator. Obiecałam sobie w myślach, że mimo iż studiuje medycynę nigdy nie będę taka niedelikatna i niemiła jak ta pani. W ogóle nie zwracała uwagi na moje uszkodzone kolano. Podnosiła, zgniatała i ugniatała moją nogę jak jej się tylko podobało. Na szczęście niedługo to trwało, po zaledwie 35 minutach dała mi jakieś wskazówki jak się zakłada i ściąga stabilizator, co wiedzą nawet dzieci w przedszkolu. Dostałam także dodatkową informację by nie prać stabilizatora w pralce... Okej, polski sprzęt więc pewnie grozi totalnym rozjebaniem, ale tym komentarzem już się z ta panią nie podzieliłam. Wychodząc z sali zabiegowej o kulach, co niestety jeszcze musiało zostać (taa pewnie do czasu aż wróce do domu) na moją twarz powrócił uśmiech. Moi przyjaciele siedzieli na szpitalnych krzesełkach i ze zniecierpliwieniem wypisanym na twarzy wpatrywali się w drzwi, a gdy tylko mnie zobaczyli momentalnie do mnie doskoczyli pytając co i jak. No i jak tu ich nie kochać?
- Wszystko okej, biegać co prawda jeszcze nie mogę, ale jest dobrze.
- Zadowolona? - spytała moja przyjaciółka.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. Jedziemy już? Nie chce już patrzeć na tą pielęgniarkę co mnie przyjmowała - wykrzywiłam twarz w grymasie niezadowolenia, gdy moja trójca ponownie rozsiadła się na krzesełkach. - Chodźmy - udawali, że mnie nie słyszą więc machnęłam na nich ręką i poszłam na postój taksówek przed szpital. Będę jeszcze na nich czekać i się ich prosić, aż tak głupia to nie jestem. Wsiadłam do samochodu miłego taryfiarza, który już kilka razy mnie wiózł do domu. Mijając drzwi wejściowe szpitala widziałam zdezorientowane miny Pauliny, Kuby i Łukasza. Mam ich gdzieś, prosić grzecznie, a oni cie olewają. Oj ja im dam popalić. Do domu dojechałam jako pierwsza, od razu poszłam do łazienki wziąść kąpiel. Odkręciłam wodę w wannie i dodałam mnóstwo olejków zapachowych. Gorąca woda sprawiła, że ból w kolanie jaki odczuwałam po zdjęciu stabilizatora już mi nie doskwierał. Leżąc tak w tej cudownej wannie kompletnie się wyciszyłam, relaks na szóstkę z plusem. Nigdy mogłabym nie wychodzić z tej wody. Niestety szybko zaczęła stygnąć co zmusiło mnie do jej opuszczenia. Wycierając się ręcznikiem słyszałam jakieś hałasy na korytarzu co świadczyło o tym, że idioci już wrócili.
- Agnieszka wyjdź stamtąd! - Kuba zaczął walić w drzwi.
- Nie słyszę Michał - odpowiedziałam specjalnie zmieniając mu imię.
- Agniesiu - Piszczek próbował swoich sił.
- Nic z tego Sebastian.
- Co ona mówi? Jaki Michał? Jaki Sebastian?
- Chłopaki nie rozumiecie? Ona to robi specjalnie. Boże otaczają mnie idioci - zaśmiałam się cicho ze słów Pauliny - Agnieszka wyłaź! - dodała władczym głosem, któremu nie nigdy nie potrafiłam się sprzeciwić. Posłusznie wyszłam na korytarz gdzie zmierzyłam się z dziwnymi spojrzeniami chłopaków i ubawionej przyjaciółki. Być może to dlatego, że miałam na sobie tylko ręcznik? Cóż chyba tak.
- Czego? - warknęłam poprawiając swoje jedyne okrycie.
- Eee no my...
- Yyy... - płeć męska starała się wybrnąć z tej sytuacji.
Zaśmiałyśmy się z Paulą na ten widok.
- Eee no my...Yyy... Ja nie rozumieć po waszemu. Wy mówić po polsku, dobrze? - odpowiedziałam ze śmiechem. Przybiłam przysłowiową "piątkę" z przyjaciółką i wróciłam do łazienki się ubrać i założyć stabilizator. Miny chłopaków były bezcenne. Śmiałam się z nich nawet jak już zjadłam obiad, czyli ładne kilka godzin później. To są właśnie moi idioci nie zmieniłabym ich na żadnych innych.
- Dobra nie wytrzymam dłużej. Co wy tacy milczący jesteście? Ewa i Agata zakazały wam się odzywać żebyście się bardziej nie skompromitowali czy wolicie oszczędzić nam słuchania waszych głupot? - spytała prosto z mostu Paulina, a ja właśnie chciałam o to spytać. Też zauważyłam, że są trochę inni niż zazwyczaj tacy spokojni i opanowani, mam nadzieję, że nie są chorzy.
- No dobra mamy do was sprawę, a w zasadzie propozycje - wydusił w końcu Łukasz, któremu chwilę później w ramie przyłożył Kuba. Patrzyłyśmy na nich podejrzliwie, ciekawe co znowu wymyślili w tych swoich wyjątkowo tępych głowach.
- To nie jest żadna propozycja - syknął Błaszczu patrząc z byka na kolegę - To rozkaz od nas, naszych żonek, córek, znajomych, Marco, Kloppa żeby was moje drogie panie przetransportować do Dortmundu bo każdy chce poznać te polki, o których nie przestajemy mówić. Upss, tego chyba nie powinienem mówić. No, ale wracając do tematu. To jest ten moment kiedy ruszacie swoje seksowne tyłeczki i idziecie się pakować, ponieważ samolot mamy za - spojrzał na zegarek - mniej więcej cztery godziny. No biegiem - dodał widząc, że ciągle siedzimy w miejscu. Czy ja już wspominałam o tych ich głupich pomysłach? Ciągle w lekkim szoku popatrzyłam na Paulinę, która już bujała w obłokach. Hmm, pewnie po imieniu Reusa w tej ujmującej wypowiedzi Kuby.
- No chyba cię pojebało Błaszczykowski - ooo Pauli wrócił rozum - jak my się mamy odpowiednio spakować, kiedy samolot mamy za około 4 godziny? Przecież musimy iść na zakupy i w ogóle. Jesteście idiotami, jak my się wyrobimy? - a nie jednak nie wrócił.
Jak ja nie lubię psuć wszystkim humoru, ale co ze studiami? Co z moimi rehabilitacjami? Oni są wyjątkowo tępi, myśląc, że od tak dam się wyciągnąć do Dortmundu.
- Paulina, a co ze studiami? Chłopaki przecież my mamy zajęcia, a ja jeszcze wyjątkowo rehabilitacje. Jak mam na nie chodzić będąc tam? - spytałam wskazując palcem byle jaki kierunek.
- Spokojnie misiaczku, spokojnie. Nie wierzysz w nas? Wszystko już jest załatwione. Studia online bo podobno da się tak zrobić, a rehabilitacje u naszego klubowego fizjoterapeuty, który już się nie może doczekać - Piszczu pocałował mnie w policzek. Hmm, chyba ostateczna decyzja należy do mnie. Moja przyjaciółka patrzyła na mnie wzrokiem szczeniaczka, a dwójka niedorozwojów chyba się modliła. Nie wnikam co oni robią bo to grozi uszczerbkiem zdrowia i jeszcze w zimę będę w sandałach i skarpetkach chodzić jak każdy rodowity polak.
- Uch niech będzie, poddaje się. Jedziemy do szwabów - powiedziałam bez entuzjazmu za co momentalnie zostałam zgromiona wzrokiem przez piłkarzy. Paulina była zbyt zajęta skakaniem, piszczeniem i pisaniem sms'a. Grr, pewnie do Marco. Już mnie to zaczyna denerwować ciągle tylko on i on, czy ten chłopak nic innego nie robi tylko czeka na wiadomość od niej? Odpowiedź dostałam wraz z dźwiękiem komórki Pauli, która sygnalizowała, że czeka na nią wiadomość. Jezu...
- Kochani, ale chyba nie będziecie mi kazali chodzić z nią wszędzie? - spytałam wskazując palcem na dziewczynę.
- A to niby czemu? - oburzyła się.
- Hmm zastanówmy się. Może dlatego, że będziesz zbyt zajęta Reausem, żeby na mnie zwrócić uwagę. Teraz jest o to ciężko, a co dopiero tam. Ciągle tylko Reus, Reus o niczym innym nie mówisz tylko ciągle o nim. Zresztą nieważne - machnęłam ręką widząc, że chce coś powiedzieć - idę się pakować. Piszczu pomożesz? - spytałam pełna nadziei.
- Tobie zawsze pączusiu - co on ma z tym pączusiem? Chyba nie jestem, aż tak gruba? Prawda, że nie? Na dłużej stanęłam przy lusterku, które mijałam. Łukasz widząc, że za nim nie idę, wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju. Pakowanie w tym towarzystwie i z tymi radami, a raczej brakiem ich zajęło mi sporo czasu. Dowiedz się od niego co mniej więcej masz wsiąść ze sobą, a odpowie, że wszystko. Spytaj jaka pogoda?
- No normalna jak pogoda.
Właśnie naszła mnie ochota, żeby zdzielić go w twarz i jeszcze raz przykopać w jaja. Powoli mnie doprowadzał do nerwicy, a gdy pakowałam bieliznę oczywiście nie mógł oszczędzić sobie głupich komentarzy.
- Ja chyba muszę pogadać z Ewą na ten temat - skomentowałam obserwując zmagania Piszczka z moim stanikiem, całkiem nieźle na nim wyglądał na prawdę.
- Nie rozumiem jak wy możecie w tym chodzić, przecież to same druty są.
- Tak wiem kobiety to mają przesrane, muszą nosić staniki żeby jakoś wyglądać, mają miesiączkę, rodzą dzieci, gotują, sprzątają. Zamienisz się ze mną?
- Mowy nie ma! - powiedział z czystym przerażeniem w głosie, wyszczerzyłam się gdy go usłyszałam za co momentalnie dostałam karę w postaci łaskotek. O mamo... Powoli nie wyrabiałam ze śmiechu.
- Łukasz proszę przestań - niestety to nie działało - bo nie pojadę do tego cholernego Dortmundu!
Nawet nie zdążyłam zarejestrować kiedy zszedł ze mnie i jak gdyby nic wrócił do pakowania mnie.
- Łuki siądź na walizce bo jej nie dopniemy.
- Ty siądź.
- Ty jesteś cięższy skarbie.
Jako odpowiedź dostałam wystawiony język, bachor. Odetchnęłam jeszcze kilka razy i wspólnymi siłami (ja przy zamku, a Łuki na walizce) zasunęliśmy walizkę. W salonie gdzie później poszliśmy jeszcze nikogo nie było. Popatrzyłam na zegarek, minęło 2 i pół godziny, więc tamci zaraz powinni do nas zawitać, żeby spokojnie pojechać na lotnisko. I wcale się nie pomyliłam bo pojawili się po 10 minutach. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu, żeby uniknąć warszawskich korków. Niestety tym razem nam się to nie udało. Na lotnisko dotarliśmy niecałe 30 minut przed czasem. Tym razem już biegiem (no ja nie koniecznie) pokonaliśmy drogę do samolotu. Miałam miejsce koło zgadnijcie kogo, tak tak właśnie koło Piszczka, a Kuba koło Pauliny. Współczuła bym mu, ale w samolocie nie wolno pisać sms'ów więc chłopak będzie miał spokój. Oczywiście lecieliśmy pierwszą klasą bo jakby inaczej. W samolocie mi i mojemu kompanowi kompletnie odbijało. Na całe gardło śpiewaliśmy piosenki Justina Biebera. Kilka razy już byliśmy upomniani przez stewardessę, że niby nie jesteśmy sami w samolocie i w ogóle. Ludzie się całkowicie nie znają, ech taki nasz los. Z piosenek Kanadyjczyka przerzuciliśmy się na uwaga, uwaga polskie disco polo. Stewardessa ze sztucznym uśmiechem ciągle nas upominała chyba się denerwowała bo miała całą czerwoną twarz. Ale kto by się nią przejmował? Po naszym wykonie piosenki "Jesteś Szalona" zostaliśmy nagrodzeni oklaskami innych podróżujących ludzi. Ukłoniliśmy się przed tą cudowną publicznością i jak gdyby nic zajęliśmy swoje miejsca i powróciliśmy do normalnej rozmowy. Kuba i Paulina ciągle się z nas śmiali. Uf dobrze, że moja przyjaciółka na razie nie porusza tematu Reusa bo ciągle jestem na nią zła, a może zazdrosna? Nie ważne...
- Tą piosenkę musicie zaśpiewać Borussien i Kloppowi, będą prze szczęśliwi - odezwał się Kuba, wycierając łzy z twarzy, które pojawiły się przez nasze wygłupy. Popatrzyłam na Łukasza z propozycją w oczach "Zrobimy to?". Jego uśmiech był jednoznaczny.
- My bardzo chętnie - powiedzieliśmy razem i wybuchnęliśmy śmiechem, którego nikt nie był w stanie opanować. Jak opuszczałam samolot zobaczyłam ulgę malującą się na twarzy TEJ stewardessy, pokazałam to Łukiemu.
- Niech się pani nie martwi za niedługo tym samolotem będziemy lecieć w drugą stronę, a tym czasem proszę nie tęsknić - "pocieszał" panią Piszczu.
Kobieta się chyba przestraszyła bo zaczęła histerycznie oddychać, coś takiego jak by nie mogła złapać oddechu. wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy po walizki. A w zasadzie panowie poszli bo ja i Paulina podeszłyśmy do żon naszych przyjaciół. Jak dobrze, że je wcześniej poznałyśmy na Skype. Obok nóg Agaty i Ewy stały dwa dziewczęce klony panów, którzy wlekli się za nami. Mam nadzieję, że chociaż takich charakterków nie mają przez internet ciężko to określić.
- Cześć Agata, cześć Ewa - przywitałyśmy się z nimi, gdy tylko podeszłyśmy na wystarczającą odległość.
- Cześć dziewczynki - powiedziałam do małych odpowiedników swoich ojców.
- My nie jeśteśmy dzieczynki my jeśteśmy kobiety - wysepleniła Oliwka, a Sara kiwnęła główką na znak zgody.
- W takim razie przepraszam. Cześć kobietki - zwróciłam się do nich raz jeszcze.
- Cześć - odpowiedziały razem.
- Jak noga? - spytała z troską w głosie Agata przy okazji patrząc krzywo na swojego męża i jego najlepszego przyjaciela.
- W porządku, trochę boli, ale da się przeżyć. Po rehabilitacjach będzie lepiej.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę i wspólnymi siłami dotarliśmy do samochodów. Ja jechałam z Piszczkami, a moja przyjaciółka, na którą aktualnie jestem obrażona z Błaszczykowskimi.
- No Piszczusiu ładnie się urządziłeś - skomentowałam z zewnątrz budynek i ogród. Oj chyba wiem gdzie będę przesiadywać większą część czasu. W środku wszystko wyglądało pięknie i czysto. Domyśliłam się, że wszystko pewnie urządziła Ewa, a Łuki tylko dał odpowiednie fundusze.
- Ewa zgadnę jak spytam czy posprzątałaś przed naszym przyjazdem? - zagadnęłam patrząc na nią.
- Tak - przyznała zawstydzona.
- Ha wiedziałam, że z Piszczkiem takiej czystości się nie osiąga - cieszyłam się jak zobaczyłam pana domu rozsiadającego się na kanapie z nogami położonymi na stoliku.
- Nie przesadzaj Agniesiu ze mną można mieć czysto - aha on chyba nie wie co mówi.
Czułam się jak u siebie. Zwłaszcza jak Piszczkowa wydarła się na męża, a ten zrobił się potulny jak baranek. Poczułam szarpnięcie za koszulkę więc popatrzyłam w dół, Sara wyszeptała do mnie: Tu tak zawsze, przyzwyczaj się. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i zaśmiałam. Wstyd nie wspomnieć, że cieszyłam się jeszcze bardziej gdy dowiedziałam się, że Paulina śpi u Kuby. Może sobie spokojnie wszystko przemyśli bo ja pierwsza ręki nie podam. Przeraziłam się tylko, że będę musiała wytrzymać 24 godziny na dobę z Łukaszem. O mamo... 



Cześć kochani! Dodaje kolejny rozdział bo być może jest tu choć jedna osoba co to czyta. Ten rozdział całkowicie jest mój, nie wiem co tam z Agą nie wnikam za bardzo. Kocham was i proszę o komentarze czy ktoś jeszcze poświęca swój cenny czas na czytanie moich wypocin...
Mówiłam już, że was kocham?

                                                                                                          Paulina xx